Schronienie w Sztuce

Ignacy Bieniek to niezwykła osobowość twórcza. Jego życia nie zmieściłoby kilka scenariuszy filmów biograficznych, przygodowych, ale i filmów grozy, drogi i jeszcze z kilku innych gatunków. Zasadniczym rysem jego niebanalnej egzystencji jest ciągłe przebywanie na granicy między niemożliwym a realnym. Kilka razy udało mu się w sposób cudowny ocalić swoje życie. Jest też autentycznie dramatycznie rozpięty między zewem sztuki, potrzebą tworzenia, a ciągłą udręką biorącą się z konieczności zaspokojenia potrzeb bytowych. Zaborczy, niszczycielski los niejednokrotnie pastwił się także nad dziełami artysty, czego najbardziej wymownym, ale i absurdalnie niezrozumiałym przykładem było bezmyślne zniszczenie olbrzymiej mozaiki jego autorstwa w rodzinnym mieście, dla którego pracował zdecydowaną większość swego życia zawodowego i twórczego. Zburzenie owej mozaiki stało się metaforą znaku czasu wszechwładnej komercji i bezmyślnego konsumeryzmu w Polsce po przemianach społeczno-politycznych końca XX wieku. Ignacy Bieniek nosił najwyraźniej piętno artysty przeklętego.

Drugi, wobec przekleństwa bezdomności, silny wątek antynomiczny i przewrotnie życiowo dialektycznie zrośnięty z pierwszym, to więź z miejscem urodzenia. Wrośnięcie, zapuszczenie korzeni, które czerpią z niego soki substancji kulturowo duchowej, przybierające postać tożsamości, poniekąd góralskiej, a na pewno ludowej. Ten obszar świadomości i duszy artysty inspirował go mimo szlifu akademickiego wykształcenia. Świadczy to o wierności kulturze rodzimych stron, a nawet wręcz jej niezbywalności, ale i obdarzeniu jej przez malarza świadomym szacunkiem. Niejednokrotnie musiało to przybierać charakter elegijno nostalgiczny.

Największą lokalną inspiracją artystyczną była postać Juliana Fałata i jednocześnie skala znaczenia i wartości jego propozycji malarskich. Artysty, sławy tej samej ziemi. Będącego w sposób nieodzowny wzorcem i prestiżowym punktem orientacji dla osób, tak jak Bieniek, z aspiracjami kulturalnymi. Zatem na elementy osobowości Bieńka składała się inspiracja rodzimością w jej ludowym, ale i wysokim, wyrafinowanym walorze.

Profesjonalizacja własnej malarskiej pasji poprzez wykształcenie w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, miejscu kulturotwórczym i bogatym w świetną historię, dało adeptowi z prowincji pełne możliwości zapoznania się z aktualnymi prądami artystycznymi i opanowania stosowanych praktyk. W tym przypadku klasycyzującego koloryzmu. Uwagę zwraca jednak osobisty, już całkiem indywidualnie osiągnięty, łagodny ton i wydźwięk kolorystyki budowanej czystymi barwami. Lekka ekspresja, a czasami pewna nerwowość form łączy ten typ przedstawień z fowizmem i ekspresjonizmem. Momentami walory mienią się i żarzą, stwarzając artystyczny wyraz zachwytu nad urodą pejzażu, wzbogacony dodatkowo grą z dość mocno zdecydowanym charakterem plam i linii, w których czujemy wyrazistość śladu pędzla.

Barwny, obfitujący w dowody pasji żywionej wobec sztuki, życiorys dopełnił malarz uczestnictwem w grupie artystycznej „Beskid". Zależało mu na wzmocnieniu w ten sposób lokalnej kultury. Było to dla niego naturalne ze względu na uprawianą tematykę, często poruszającą wątki ludowych podań, wierzeń i legend. Portretował przecież z zamiłowaniem charakterystyczny pejzaż z typowymi elementami jego przestrzeni.

Pamiętać trzeba, co też daje się w twórczym życiorysie Bieńka odczuć, że były to czasy PRL-u. Okres więcej niż zmian i reform, raczej gruntownego przeorania i zdemolowania normalnego społecznego porządku. Okres regresu cywilizacyjnego, ale jeszcze bardziej obyczajowego. Co skutkuje do dziś. Polska Ludowa to sprzeczności, nieokreśloność, przepaścistość, banał, ale i srogi opresyjny totalitaryzm. Zanik wolności uwidocznił ostrość dialektyki sztuki i życia. I to właśnie szczególnie w biografii tego artysty, w której doszło do egzemplifikacji wzajemnej inspiracji i niszczenia tych dwóch sfer. Wspomniane już późniejsze przemiany nie przyniosły jednoznacznej, pozytywnej i przełomowej odmiany, skoro zniszczono olbrzymie dzieło twórcy na ścianie fabryki „Welux" w Bielsku-Białej.

Chciał być sobą, choćby ubogo, i kierować się porywami serca, wzbić się ponad potrzeby, a już na pewno konsumeryzm. W modernizującym języku obrazów oddał to, o czym marzył. Pięknie, mądrze i prosto wyznawał: Cieszy mnie życie na starość, zaczynam podpatrywać zwierzęta, ludzi, rośliny, ich ruchy, sylwety, jakbym tego jeszcze nie widział. Marzy mi się być swobodnym jak ludowa śpiewka, a jeszcze inaczej jak fujarka pastuszka. Udało mu się.

Chwała dr. Krzysztofowi Groniowi za przybliżenie tej postaci i pieczołowitość w oddaniu tego ouvre. Za wyrazisty i plastyczny szkic życia, opis zmagań i determinacji o sensowną twórczą egzystencję. I tym samym ludzką. Było to trwanie trudne, momentami chyba heroiczne, jak to u artystów, szczególnie w trakcie studiów, ale i cały czas po nich. Pełne jednak lirycznych i romantycznych porywów i zapału, jak w wędrówkach po plenerze, by znaleźć motyw, na szczęście też z przyjemnie kojącymi i sycącymi chwilami właściwymi tylko sztuce.

marzec 2011
Piotr Głowacki
historyk sztuki, publicysta